Menu

Mendzenia starego dziada

Luźne refleksje z założenia oparte o zasady logiki klasycznej

Kupili mieszkanie i się dziwią

konradboryczko

Bezpośrednim impulsem do tego wpisu jest artykuł na jakimś portalu o pewnym mieszkaniu z Gocławia. Otóż jakaś pani kupiła mieszkanie, obok którego jest restauracja i pani to bardzo przeszkadza. Tak bardzo, że aż restauracja się zwinęła, a sprawa zmierza w kierunku sądu. Bo pani wyceniła swoją krzywdę na wartość miejsca parkingowego w garażu na koszt restauratora. Smaczku sprawie dodaje fakt, że właściciel restauracji kupił mieszkanie obok tej pani, które połączył ze swoim lokalem. I w tym mieszkaniu zrobił … toaletę dla personelu. No skandal.

I to mnie naszło na wpis. Bo znam ten blok. Pani kupiła mieszkanie na parterze (zatem tańsze od innych), od strony ulicy (jeszcze tańsze), vis a vis wjazdu na teren kościoła (tu już chyba dopłacali) i drogi do Lidla (jezusiczkku…). Jak wnoszę, również bez własnego miejsca parkingowego. No wprost idealne warunki, żeby nie być zadowolonym z zakupu. I do tego ta restauracja. No musiało się komuś oberwać.

W tym miejscu przypomniałem sobie trzy inne podobne przypadki z ostatnich lat. Są to moje autentyczne rozmowy z ludźmi, którzy kupili, a potem się dziwili. I żądają! Co ciekawe, wszystkie dotyczą niskich pięter i malutkich klitek…

Przypadek pierwszy

Mieszkanie na dość niskim pierwszym piętrze, na samym rogu budynku. Od strony jednej z głównych ulic Gocławia, ze 30 metrów od przystanku autobusowego. Cały parter budynku to lokale użytkowe. Budynek względnie nowy, łatwo sprawdzić, że takie mieszkania kosztowały dobre 20% mniej niż te na wyższych piętrach. Protestantka oczywiście kupiła to mieszkanie nowe, bezpośrednio od dewelopera.

Czego dotyczył protest? Ano, skoro już pod podłogą jest lokal użytkowy, to niech będzie, moja strata. Ale NIE ZGADZAM SIĘ W ŻADNYM WYPADKU, aby w takim lokalu był sklep, fryzjer, solarium, restauracja, monopolowy, no generalnie nic, co wydziela jakiekolwiek zapachy, dźwięki i wymaga jakichkolwiek dostaw towaru. No i żeby tam jeszcze żadni klienci nie przychodzili. ŻĄDAM respektowania moich praw.

Przypadek drugi

Tzw. Osiedle Saska. Mieszkanie, którego deweloper nie mógł sprzedać ze trzy lata. Oczywiście parter, na rogu budynku, z oknami metr nad chodnikiem. Tuż przy błocie zwanym rezerwą pod Trasę Tysiąclecia. Nawet podwykonawcy nie chcieli wziąć tego w rozliczeniu, a ochroniarze na służbówkę. Choć DD z ceną zjechał prawie stówkę. O, jaki fajny rym : )

No i pojawiła się inicjatywa Tramwaj na Gocław. Tramwaj ma jechać właśnie tamtędy (i to po łuku), parę metrów od tego, hmmm, niech będzie, że mieszkania. No rzeczywiście nie zazdroszczę. Ani mieszkania tam, ani tego, co tam będzie za chwilę. Bo nie dość, że tramwaj pod oknem, jego pasażerowie będą stać wyżej, niż mieszkanka siedząca w swojej toalecie, to jeszcze do najbliższego przystanku daleko jest. Ech, PROTEST JEST KONIECZNOŚCIĄ.

Co ciekawe, w obowiązujących od wieków dokumentach planistycznych miasta w tym miejscu jest… czteropasmowa droga o podniesionej prędkości jazdy. Czyli pani (tak się złożyło….) kupiła mieszkanie, obok którego, w odległości 3 metry od okien, mają jeździć tiry z prędkością do 70 km/h. Tramwaj przeszkadza???

Przypadek trzeci

Ekstremum. Gdybym nie odbył tej rozmowy (a w zasadzie szeregu rozmów), pomyślałbym, że to dowcip. Taki sobie. Ale nie, to autentyk.

Blok względnie nowy. W projekcie (i, co ciekawe również w rzeczywistości, a w Warszawie nie jest to takie oczywiste) na patio znajduje się plac zabaw, taki dla dzieci. Jest on wspomniany nawet w pozwoleniu na użytkowanie. Na tym samym patio, na poziomie gruntu, są normalne mieszkania. Wówczas najtańsze nowe mieszkania na całym osiedlu.

No i jedna pani (o cholera, znowu…), kupiła sobie malutkie przytulne lokum tuż obok tego placu zabaw. I ŻĄDA od wszystkich świętych, żeby coś zrobili z tymi dzieciakami, bo całymi dniami jej latają pod oknem i drą japy. A ona w dzień pracuje w domu. Jprdl! Bezczelne szczyle mają czelność korzystać z placu zabaw, za który zapłacili i ciągle płacą ich rodzice. Pani płaci oczywiście mniej, bo i gniazdko tanie było, a że małe, to opłaty eksploatacyjne też wielkie nie są.

To już koniec przykładów, choć to oczywiście nie wszystkie. Mógłbym długo…

Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, jak to jest. Ktoś kupuje mieszkanie za oszczędności swojego życia, z reguły biorąc na swoje (i swoich spadkobierców) zobowiązanie kredytowe na kilkadziesiąt lat. I nawet nie sprawdza takich rzeczy? To naprawdę trzeba być mistrzem dedukcji, żeby się zorientować, że cena danego mieszkania odbiega od innych? Tylko Sherlock Holmes potrafi dotrzeć do planów zagospodarowania najbliższej okolicy? Herculesa Poirot trzeba, żeby wpaść na to, że długi i wąski kawałek zakrzaczorowanego gruntu w mieście, to raczej nie przypadek? A stwierdzenie, że skoro jest plac zabaw, to i będą na nim dzieci (i to w dzień!) wymaga wielogodzinnych konsultacji z Watsonem?

Ja jebię, jak mawia pewna moja koleżanka…

© Mendzenia starego dziada
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci