Menu

Mendzenia starego dziada

Luźne refleksje z założenia oparte o zasady logiki klasycznej

Urokliwy domek od miastem (wersja emerycka)

konradboryczko

Wersja alternatywna historii, którą już znacie. 1 2 3. I podobnie jak tamta, oparta na faktach, a w zasadzie na kilku historiach, które faktycznie miały miejsce, luźno poskładanych i podkoloryzowanych. Nawet bardzo podkoloryzowanych. Podobieństwo do osób przypadkowe : ) Cholera wie czy zamierzone.

A było to tak. Żyli sobie mniej więcej spokojnie dziad i baba. Bardzo starzy oboje. No, a w każdym razie dopadła ich emerytura, a zdrówko jeszcze całkiem ok. Dorobek życiowy to duże mieszkanie i przyjmijmy, że trójka dorosłych dzieci. Dwoje starszych poszło dawno na swoje, najmłodsza też już pełnoletnia. Ale do „swojego” to jej jeszcze daleko.

Dziad i baba mieli przygarowaną z dawnych czasów jakąś działeczkę pod miastem. Jak kupowali, to było to zadupie totalne, teraz jest to również zadupie, ale trochę się już okolica pobudowała a i jakaś infrastruktura dotarła. A wartość działeczki ładnie rośnie, spadkobiercy się cieszą. Decyzja mogła być tylko jedna: urokliwy domek pod miastem powstać musi. Nie ma innej opcji.

Starsi spadkobiercy myśleli o wybudowaniu tam czegoś na kształt daczy, żeby było tanio, na lato i do ogólnego użytku. Dziad i baba myśleli raczej o normalnym domu, takim całorocznym, do mieszkania. Najmłodsza sprawiała od zawsze wrażenie, że w ogóle nie myśli, ale to pozory. O tym potem.

Oczywiście stanęło na koncepcji seniorów, w końcu ubezwłasnowolnieni nie są, a działeczka i oszczędności to jeszcze ich majątek, którym mogą swobodnie rozporządzać, niestety. Nie dało się ich przekonać, że na zadupiu nie ma szpitala ani przychodni, a potrzebne będą ciągle. Argument, że na chuj nam domek gdy za 10 lat umrzecie również jakoś nie trafił. No po prostu się zafiksowali i tyle. Domek powstać musi, będziemy tam mieszkać, a tylko w największe mrozy wracać do miasta. Ta, wiemy : )

No trudno, co robić. Majątek do dziedziczenia się wyraźnie skurczył, coś tam trzeba też było staruszkom pożyczyć. A że sporo elementów domku powstawało sposobem kozacko-gospodarczym, to i budowa trwała ze cztery lata. Efektem ubocznym było, że dziadkowie nie mieli za bardzo czasu wnukami się zająć, co oczywiście nie jest ich obowiązkiem, ale miło by było. Czyli kolejne komplikacje.

Ale z tymi wnukami to niezupełnie. Bo najmłodsza postanowiła, mimo że nie ma pracy, większych życiowych osiągnięć, majątku, ani nawet mieszkania, rozłożyć nogi no i pojawił się nowy obywatel. Który skutecznie zabrał dziadkom wszelkie rezerwy wolnego czasu. Cóż, starsi to jakoś jeszcze zdzierżyli.

Domek w końcu powstał. Cudny, bialutki, pośrodku działeczki coraz bardziej zielonej. Dziadkowie w mieście stali się zasadniczo w ogóle nieobecni, bo domek kusi, a i wiecznego majsterkowania wymaga. No i ten wnuk od młodszej bezrobotnej ciągle tam siedzi. Za to, na szczęście, pomoc przy wnukach starszych ograniczała się wyłącznie do kurtuazyjnych telefonów, a wizyty w mieście to zasadniczo wyłącznie wizyty lekarskie. No i czasem parę groszy pożyczcie na skrzynkę gwoździ i papiaków. Wiadomo, że nie od najmłodszej.

Czas płynął sobie sielsko i tak po kolejnych dwóch latach dziadkowie doszli do wniosku, że mieszkanie w mieście jest im potrzebne, ale nie takie duże i drogie w utrzymaniu jak to, co mają. Bo bywają w nim rzadko, głównie zimą i kasy szkoda. W sumie pomysł dość racjonalny. No więc narada, co z tym zrobić, bo to mieszkanie to spora scheda, a spadkobierców niby trzech.

Najstarszy potomek szczęśliwych właścicieli domku już ma dwa mieszkania i spore dochody, zatem tego nie potrzebuje. Średni ma mieszkanie, trochę za małe i nie swoje, dwójkę dzieci, więc chętnie by się tam przeprowadził. Zresztą to mieszkanie było mu zawsze obiecywane, tylko jakoś do tej pory się nie złożyło. Najmłodsza mieszka z dzieckiem w mieszkaniu swojego męża, w sumie wystarczającym. A że nie ma dochodów, to nie ma też głosu. Taaa, akurat…

No więc uradzono, że opcje są trzy. Mieszkanie sprzedać, a kasę podzielić na 4 (mniej więcej po równo dla dziadków i każdego z potomków). Albo nie sprzedawać, tylko wynająć odwlekając decyzję, a kasa z wynajmu dziadkom się przyda. No i opcja numer trzy, czyli przyobiecane mieszkanie przejmuje średni i jakoś tam z czasem spłaca pozostałych. I tak sobie rodzina radziła co by tu zrobić. Bo każda z opcji ma swoje zalety, a i wady się znajdą. Zupełnie niepotrzebnie radzili. Kłopot został rozwiązany nagle i brawurowo.

Otóż, tak, zgadliście. Najmłodsza. Zrobiła dokładnie to co potrafi bezbłędnie, czyli po raz drugi rozłożyła nogi. A że do dziadków miała najbliżej, to przedstawiała im wspaniały plan. Wiecie jaki zapewne. No i dostała za darmo to mieszkanie całe dla siebie, a mniejsze mieszkanie jej męża przepisano na dziadków. Bo muszą mieć coś w Warszawie w razie czego, a że blisko, to najmłodsza przecież, hehe, pomoże.

Jaki jest efekt finansowy tej całej zabawy sami policzcie. No, ale może do masy spadkowej wejdzie ten urokliwy domek, chociaż sprzedać będzie ciężko, co już wiemy. Ale w sumie nie wiadomo, bo dzieciaki najmłodszej (ciągle bezrobotnej) non stop w nim przesiadują, cholera wie na kogo on jest teraz zapisany…. Ustalić ciężko bo jakoś nikt się do nikogo czemuś nie odzywa.

A teraz, tradycyjnie, zastanówmy się co mieliśmy na wejściu, a co mamy na wyjściu.

© Mendzenia starego dziada
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci