Menu

Mendzenia starego dziada

Luźne refleksje z założenia oparte o zasady logiki klasycznej

Pozorne oszczędności

konradboryczko

Ostatnio nie mam czasu na bloga. Wrzucam zatem jakieś śmieci niedopracowane. Sorry ;)

Na blogu staram się co jakiś czas wrzucać wpisy z poradami jak można oszczędzać. To cykl „Sam daj sobie dodatkową pensję”. Takie tam smętne porady. W myśl zasady, że najłatwiej zarobione pieniądze to te nie wydane. A przynajmniej nie wydane głupio.

Dzisiaj słów kilka o tym, że z oszczędzaniem nie wolno przeginać. Jest takie piękne powiedzenie: Musimy oszczędzać, oszczędzać i jeszcze raz oszczędzać, niezależnie od tego, ile to ostatecznie będzie kosztować. No właśnie.

Pozorne oszczędności najczęściej wiążą się z tym, że coś robimy „sami” (cudzysłów jak najbardziej na miejscu), albo wymuszając pomoc znajomych, zamiast zdać się na, oczywiście odpłatną, usługę specjalistów. W moim bezpośrednim otoczeniu mam kilka takich osób, no po prostu mistrzów pozornych oszczędności.

Zacznę od przykładów związanych z szeroko pojętym remontem czy budową mieszkania. Tutaj to cudnie widać.

Kafelki w łazience. Kładzie je oczywiście fachowiec, szybko, sprawnie i w ogóle ładnie. No, ale oszczędzamy. I nie kładziemy ich do sufitu, tylko do wysokości 2 metry. Dzięki temu w kieszeni zostaje, fiu fiu, jakieś 500 zł (kafelki, fugi plus materiały, plus robocizna i ze 3 godziny wolnego). Jupi! Ale zaraz zaraz, czy aby na pewno oszczędzamy?

Oczywiście, że nie. Ścianę nad kafelkami trzeba pomalować. I, co za szok, ona nie jest przeznaczona do malowania. No budowlańcy złośliwie chyba nie położyli na niej tynku takiego jak w pokojach, tylko zostawili chropowate podłoże pod kafelki. Czyli trzeba tę ścianę do malowania przygotować. Wygładzić, zagruntować, naciągnąć jakimś gipsem, wygładzić znowu, poczekać. No i ze dwa razy pomalować. Wynik: kilkanaście godzin pracy, ze 3 stówy na materiały i narzędzia oraz dramatyczny telefon „Boryczko, pomóż, chodź z drabiną”. Efekt? Ściana pomalowana, ale wygląda mocno tak sobie.

A może panele w pokoju? Sami ułożymy, przecież to nic trudnego. Pan Heniek mówi, że ułoży to w jedno popołudnie za 2 stówy, to ja nie dam rady? Dał. Trwało to wprawdzie prawie tydzień, pracowały dwie osoby (jedna codziennie dojeżdżała kilkanaście kilometrów), trzeba było kupić nową piłę ręczną, nową tarczę do piły mechanicznej, a samą piłę mechaniczną przetoczyć i naprawić. Kosztów nawet nie liczę, bo efekt wizualny jest taki, że panele wymagają natychmiastowego przykrycia dywanem.

„Cześć, kupiłem drzwi w Castoramie/Leroju/Obi. Ty masz duży samochód, to mi przewieziesz”. Zaraz zaraz, u mnie mieści się na długość maks 1,90 metra, a drzwi mają przecież więcej. „Ojtam, z otwartą klapą pojedziesz. Albo ja będę prowadzić, niższy jestem, siedzenie bliżej przesunę, może wejdzie”. Hmm, sklep oferuje przewiezienie tego pod dom za 40 zł. To ja mam ryzykować uszkodzenie samochodu wartego kilkanaście tysięcy, poświęcić swoje własne 3 godziny i spalić ze 4 litry paliwa (20 zł) po to, żebyś Ty zaoszczędził 40 zł? „Nie chcesz pomóc, to spierdalaj!”.

Taaa. Generalnie zalecam, jak ktoś uważa, że coś zaoszczędzi robiąc daną rzecz samemu, żeby do kosztów dodał 50 zł za każdą godzinę pracy wszystkich osób zaangażowanych. Od razu wyjdzie, że oszczędności nie ma.

Z zupełnie innej beczki.

Wakacje. Jadę sobie jak bozia przykazał do ośrodka, wynajmuję w pełni wyposażony domek, wykupuję całodzienne wyżywienie i odpoczywam jak człowiek. Święty spokój, żadnych stresów i obowiązków. Dokładnie tak, jak sobie wyobrażam urlop. I co? Na to za dwa dni zwalają mi się na łeb znajomi: rodzina klasycznych badziewiaków (dwoje grubasów plus dwójka małych dzieci), co to są niezwykle oszczędni. Przyjeżdżają oczywiście pod namiot, bo kto to w ogóle myślał jakiś domek wynajmować i na co to w ogóle komu potrzebne?

Już z drogi telefon czy mamy miejsce w lodówce, bo wiozą ze sobą jakieś żarcie i trzeba szybko schować. No i czy w naszej łazience można powiesić ręcznik. Oraz czy zajmiemy się dzieciakami, jak będą namiot rozbijać. Aha. Macie jakąś piłkę, bo nam się do tico na gaz nie zmieściła.

No szkurwa! Odpowiedź była krótka: Wypierdalać. Nie po to wynajmowałem domek i pełne wyżywienie w knajpie na miejscu, żeby w lodówce trzymać cokolwiek innego niż piwo. Nie mam zamiaru zasmrodzić sobie domku jakąś kiełbą. Mieszkańcy namiotów mają ogromną publiczną łazienkę z prysznicami, pewnie jest tam miejsce na ręczniki, nie wiem, nie byłem w środku bo nie mam takiej potrzeby. Jesteśmy na wczasach i nie będziemy się zajmować Waszymi dziećmi, a piłkę można wypożyczyć u kierownika ośrodka, chyba nieodpłatnie. Takie rzeczy sprawdza się przed przyjazdem.

Jezusie nazareński. No normalnie, broniąc świętego prawa do spędzenia urlopu po swojemu, zupełnie zepsułem im wyjazd! Tyle gazu w samochodzie się zmarnowało. Musieli wykupić wyżywienie, a ośrodek taki duży i dzieciaki upilnować trudno. Co to za wypoczynek??? Po trzech dniach się zwinęli.

No właśnie, zaoszczędzili? Jakby siedzieli na dupie w domu, mieliby równie chujowe wczasy. I choć minimalnie lepszy piar.

I zanim pomyślicie, że jestem ostatnim chamem zastanówcie się co powiedzieć o ludziach, którzy chcieli zaoszczędzić na pieniądzach, wydanych przez innych? Ja już ich nazwałem: badziewiaki. Bo to nie jest pierwszy i jedyny taki przypadek. Żerowanie na innych i domaganie się pomocy to u nich akurat znak rozpoznawczy.

P.S. Żeby było jasne. Jeżdżenie pod namiot jest fajnym sposobem oszczędzania. Pozorną oszczędnością jest chęć żerowania na innych, oszczędzając na tym, za co Ci inni zapłacili. Mniej więcej jakby za oszczędność uznać, że ktoś pozwolił Ci wypić pół butelki swojej oranżady.

Pozorne oszczędności mają wiele oblicz…

© Mendzenia starego dziada
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci