Menu

Mendzenia starego dziada

Luźne refleksje z założenia oparte o zasady logiki klasycznej

Internet widzialny i niewidzialny

konradboryczko

Jak już wspomniałem we wpisie dotyczącym usług googla, wyszukiwarka ta nie pokazuje „całego Internetu”. Wyszukiwarki internetowe pokazują tylko to, co są w stanie znaleźć (i z reguły w sposób czy też w kolejności, jak im wygodnie, co już opisałem w linkowanym wpisie). Generalnie chodzi o to, że żeby wyszukiwarka coś znalazła, dana treść musi być zindeksowana. Wyszukiwarka szuka tych indeksów i na ich podstawie przyporządkowuje daną treść do Twojego żądania. Nie będę zanudzać, indeksy to np. popularne tagi, hashtagi, ale oczywiście nie tylko. Każda wyszukiwarka ma swój własny sposób indeksowania, algorytmy wyszukiwania i co tam jeszcze, najsilniej strzeżona tajemnica handlowa.

I tu się Wasz świat powoli zawala. Otóż nie wszystko, co jest „w Internecie”, jest zindeksowane. Z różnych powodów: google nie chce, autor strony nie chce itp. Nie wiadomo dokładnie ile treści internetowych da się wyszukać w ten sposób. Szacuje się, że google mają zindeksowanych… kilkanaście procent „Internetu”. Tak, malutko.

A co z całą resztą? Nie mam zamiaru robić tu wojny definicyjnej co do jest deepweb, darknet itd. To zostawmy specjalistom. Wpis ten ma za zadanie jedynie uświadomić, że zwykły zjadacz pizzy widzi tylko wierzchołek góry lodowej.

A czego google nie widzą? Wyróżnijmy tutaj cztery kategorie, hmm, serwisów, pod kątem sposobu dotarcia.

Po pierwsze są to najzwyklejsze prywatne bazy danych podpięte do sieci, do których ma dostęp tylko właściciel. Najlepszym przykładem są tu wszelkiego rodzaju chmury, np. Onedrive Microsoftu czy inny Dropbox. Z technicznego punktu widzenia, zasób taki w żaden sposób nie różni się od zwykłej strony internetowej. Wejść jednak na taką chmurę (czy domowy serwer pocztowy, stream CCTV, udostępniony w sieci dysk lokalny czy drukarka) może tylko właściciel albo użytkownik przez niego upoważniony. W najlepszym razie ktoś, kto zna login i hasło. Oczywista sprawa.

Po drugie mamy zupełnie normalne, zwykłe, serwisy internetowe, strony WWW, na które może wejść praktycznie każdy. Jest tylko mały problem: musi wiedzieć, że taki serwis istnieje. Czyli znać bezpośredni link do danego serwisu. Bo takiej strony nijak się nie da znaleźć. No chyba że jest zindeksowana na potrzeby jakieś tajnej wyszukiwarki, której też się nie da wyszukać googlem.

Po trzecie mamy serwisy dostępne wyłącznie dla użytkowników absolutnie zanonimizowanych. Wejść tam może niby każdy (choć nie z googla rzecz jasna), ale tylko ze specjalnej przeglądarki, np. TOR. Tutaj głównie chodzi o to, żeby nie było wiadomo kto daną stronę prowadzi, kto na nią wszedł i co na niej zrobił.

Po czwarte wreszcie mamy serwisy internetowe tak ukryte, że nawet nie wiem jak to opisać. Zainteresowanych odsyłam do googli, hehe. Są to strony, na które da się wejść tylko przy pomocy bardzo specjalistycznego sprzętu, zapewniającego wielokrotnie złożone szyfrowanie danych i połączenia, wielokrotną weryfikację uprawnień użytkownika pozostającego przy tym anonimowym itd. Kosmos.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego wpisu nigdy już nie uwierzycie w głupoty typu: „nie ma Cię w googlach/na fejsiku, to znaczy, że nie istniejesz”. Bullshit, jak mawiają Eskimosi

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • salmiaki

    Nie wiedziałam, że to tak wygląda!

© Mendzenia starego dziada
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci